| |
2 STYCZNIA
Po prawie 16 godz. lotu z przesiadką w Stambule (Turkish Airlines) lądujemy ok. 3.30 w nocy w Nairobi (Kenia). Stąd busem jedziemy na granicę z Tanzanią. Kenijczycy sprawdzają pierwszą wizę tranzytową, którą wyrabialiśmy on-line za 21 $. Druga zostaje na powrót, bo będziemy wracać do Polski znowu z lotniska w Nairobi. Na miejscu, po stronie tanzańskiej opłacamy ich wizę wjazdową (50 $). Przesiadka do innego busa i jedziemy do Moshi, naszej docelowej miejscówki.
Jeszcze tego samego dnia po rozpakowaniu się wyruszamy na plantację kawy. Widzimy proces łuskania kawy, palenia oraz przygotowania samego napoju. Po degustacji kawy (na piwo bananowe nikt się nie skusił) idziemy pod ok. 100 metrowy wodospad Materuni. Po drodze miejscowi pokazują nam kameleony, oczywiście licząc na "tipsy". Już po zmroku wracamy na kwaterę.
3 STYCZNIA
Po południu dojeżdżamy do Machame Gate (1800 m). Po dopełnieniu formalności i nie wiadomo czego jeszcze oraz przeczekaniu deszczu, przed 15-tą ruszamy do Machame Camp (2835 m). Ten odcinek ma długość 11 km i poznajemy co to znaczy pole, pole. Czyli idziemy powoli, powoli. Przewodnicy uważają, że wolne tempo gwarantuje dobrą aklimatyzację i pomaga wejść na Kili. Hakuna matata! Wszystko będzie dobrze! W deszczu i sporo po zmroku docieramy na miejsce.
4 STYCZNIA
Na dzień dobry dostajemy miseczki z gorącą wodą do umycia się. Po śniadaniu, z obowiązkową niby owsianką, nieco po 8 ruszamy do Shira Camp (3750 m). Po drodze spotykamy parę Polaków - przez kolejne dni będziemy się mijać na szlaku :) Przekraczamy parę niewielkich potoków z minikaskadami. Pewnie byłyby bardzo malownicze w promieniach słońca, ale przecież pada... Po dotarciu do obozu mamy jeszcze krótkie wyjście aklimatyzacyjne - ok. pół godziny drogi na wzniesienie. Tam zza chmur nieśmiało odsłania się Kili.
5 STYCZNIA
Pierwszym etapem (oczywiście w deszczu) jest dziś Lava Tower Camp (4600 m)- miejsce poniżej charakterystycznej skały. Po lunchu w tym miejscu (tak, mesa na ten czas została rozstawiona) czeka nas zejście do Baranco Camp (3900 m) na nocleg. Kijki pod płaszczem przeciwdeszczowym to słaby pomysł. W efekcie zaliczam spektakularny upadek. Szczęśliwie poza dotkliwie stłuczonym kolanem i przeciętymi spodniami nic więcej się nie stało. Nauczka, lekcja pokory - nawet na prostym szlaku muszę uważać. Tego dnia wszyscy chyba wylewamy (i to nie w przenośni) wodę z butów. Przed obozem rosną duże drzewiaste starce a potoki jakby wezbrały, a może tylko mi się tak wydaje...
6 STYCZNIA
Wow! Słońce na horyzoncie. Śliczny poranek. Piękne otoczenie. Od tej strony Kilimandżaro prezentuje się dumnie - skalna ściana ozdobiona śniegiem i lodem. Korzystamy z patentu: skarpetka, na to torba foliowa, silver tape do szczelnego oklejenia. W ten sposób można założyć mokre buty. Dziś trochę podchodzenia, ale i trochę schodzenia. Pierwszy etap to Baranco Wall - skalisty teren gdzie czasem trzeba użyć rąk dla utrzymania równowagi. Potem podejście do Karanga Camp (3995 m), gdzie już nie ma skąd brać wody. Podczas lunchu zaczyna padać, trochę zatem przeczekujemy grając w "słowo na literę..." W końcu ruszamy do Barafu Camp (4673 m). Ok. 18-tej jesteśmy na miejscu. Musimy jeszcze zarejestrować się u rangersów, poczekać na namioty, kolację... I na odpoczynek przed wyjściem na szczyt zostaje niewiele czasu. Zapada decyzja, że będziemy startować o 2 w nocy.
7 STYCZNIA Summit day
Faktycznie, ruszamy trochę po 2 w nocy. Tempo jest bardzo wolne. Na szczęście nie wieje, temperatura niewiele na minusie. Momentami jest stromo, choć w świetle czołówek faktycznie trudno to ocenić. Przed 6-tą zastaje nas wschód słońca. Widać znajdujący się poniżej nas Mawenzi (5149 m). Pogoda szybko się zmienia. Na Stella Point (5756 m) wchodzimy już w śniegu. Zostaje godzina do szczytu. W końcu Uhuru peak (5895 m). Wymęczone wejście. Ale się udało! :) Schodzimy nieco inną drogą niż podchodziliśmy, omijając od lewej skalisty teren. I dobrze, bo niżej pada śnieg z deszczem i robi się ślisko. W Barafu Camp parę godzin odpoczynku i schodzimy dalej - do Millenium Camp (3950 m). Bardzo długi dzień, ponad 1200 m podejścia i 2000 m w zejściu.
8 STYCZNIA
Schodzimy na sam dół. Początek dnia obiecujący - widać Kilimandżaro, słońce świeci, zero wiatru. W Millenium Camp (3100 m) jeszcze jest pogodnie. I gdy wydaje się, że nie będzie padać nadchodzi godz. 13-ta... Ulewa jak się patrzy, błotniste potoki spływają naszą ścieżką. Do Mweka Gate (1640 m) docieramy znowu cali mokrzy. Busem ruszamy do Moshi a tam "tips song". Po przepakowaniu się i umyciu, ruszamy do Karatu na nocleg. To miejscówka w pobliżu kaldery Ngorongoro.
9 STYCZNIA
Jedziemy na safari do kaldery Ngorongoro. Tam na początek wizyta w masajskiej wiosce (10 $) a potem koncentrujemy się już tylko na gazelkach, zebrach, bawołach, lwach, słoniach i nosorożcach :) Żyraf tutaj nie ma, ale te widzieliśmy jeszcze w Kenii, pierwszego dnia. Nasz przewodnik Vincent stara się odpowiedzieć na każde pytanie. Po południu wracamy na kwaterę do Moshi.
10 STYCZNIA
To już ostatni dzień w Tanzanii. Robimy zakupy pamiątek w Moshi, gdzie w normalnym sklepie są lepsze ceny niż w przydrożnych punktach. Późnym popołudniem ruszamy busem do Kenii, bo o godz. 5.05 następnego dnia mamy wylot z Nairobi do Polski.
|
|